sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział 31.

Tamtego dnia zostałam w stajni do późna. Po tym, jak obdzwoniłam wszystkich i przekazałam im nasze plany, musiałam zabrać się za przygotowania. I takim właśnie sposobem od szesnastej bezustannie plątałam się między siodlarnią, boksami i paszarnią, to rozdając wieczorne porcje owsa, to szukając zagubionych czapraków, to starając się rozczesać zaplątaną grzywę Melodii, co wcale nie było tak proste, jak mogłoby się wydawać.
Sama nie wiedziałam, kiedy na zewnątrz ściemniło się do tego stopnia, że nie byłam w stanie zobaczyć nawet odległych o kilka metrów ogrodzeń. Księżyc zasnuły chmury, a światło, pochodzące od latarni stojącej niedaleko domu, nie docierało tak daleko. Przystanęłam na chwilę we wlocie stajni, opierając się o wielką futrynę. Uśmiech mimo mojej woli wpełzł na moją twarz, gdy po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak wielką jestem szczęściarą. Cóż, może patrząc na moją sytuację przez pryzmat paru wcześniejszych lat, niewiele wskazywało na to, że skończę w takim miejscu, z kimś takim przy boku. Może do niedawna postrzegać mnie można było jako osobę, której życie nie szczędziło przykrości i non stop rzucało kłody pod nogi, jednak co z tego wszystkiego, co mi się przytrafiło, faktycznie miało znaczenie w późniejszym czasie?
Po śmierci rodziców pozbierałam się względnie szybko. Przeprowadzkę do innego kraju również przeżyłam. Dałam radę ze śpiączką chłopaka, podobnie zresztą jak z tą, w której znalazłam się ja. Amnezja odhaczona, poturbowana również byłam. Zerwanie, fakt, zdarzyło się, ale koniec końców i tak jesteśmy razem, w dodatku jako narzeczeni. Problemy z wyniosłymi arogantkami za mną; jedną  z nich udało się nawet naprostować na "lepszą drogę".
A teraz? Znalazłam się dokładnie tam, gdzie marzyłam, by być. W miejscu, gdzie czułam się jak nigdzie indziej. Nie musiałam szukać szczęścia, bo to ono odszukało mnie, jakkolwiek niedorzecznie to nie brzmiało.
Odwróciłam się na pięcie, by po raz kolejny tego wieczoru spojrzeć wgłąb korytarza. Końskie łby wystawały ponad drzwiami niektórych boksów. Jedne z naszych podopiecznych strzygły uszami na boki, inne nadal przeżuwały ostatki swojej paszy, a jeszcze inne spoglądały na mnie z zaciekawieniem, upewniając mnie tym samym, że lepiej trafić nie mogłam. Że to jest to, czego od zawsze chciałam i o czym od zawsze marzyłam.
- Ciągle tutaj? - znajomy głos wyrwał mnie z rozmyślań, jednak nadal nie ruszyłam się z miejsca, badając wzrokiem cały budynek, zupełnie, jakbym widziała go po raz pierwszy. - Brakuje mi ciebie w domu. Jeszcze trochę i zrobię się zazdrosny o konie - wymamrotał Tymon, obejmując mnie w pasie i opierając podbródek na moim ramieniu.
- Daj mi się nacieszyć - burknęłam, zerkając na niego kątem oka ze wciąż nieznikającym z mojej twarzy uśmiechem. Czułam się trochę tak, jakby moje usta zostały sparaliżowane w dość nienaturalnym grymasie, którego nie mogłam nijak powstrzymać.
- Dałbym z wielką chęcią, uwierz, ale tak się składa, że nie wiem, czy zauważyłaś, zrobiło się całkiem chłodno, a ty stoisz tu jak kołek w samej koszulce - zrugał mnie takim tonem, jak gdybym nagle stała się jego nieposłuszną córką. Mimo wszystko, miał rację i nawet jeśli nie chciałam mu jej przyznawać, jak na zawołanie przez całe moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. - Zabieram cię w długą podróż na gorącą herbatę, wprost do naszej kuchni. I bez gadania - dodał, widząc, że już zamierzałam otwierać usta, by coś powiedzieć. Zamiast tego postanowiłam jedynie przedrzeźnić go pod nosem w dość dziecinny sposób, po czym z naburmuszoną miną po raz ostatni tego dnia sprawdzić wszystkie boksy, pogasić światła i zamknąć wielkie drzwi.
Na zaledwie kilkumetrowej drodze do domu zatrzymałam się czterokrotnie. Po pierwsze - zerknęłam, czy oby na pewno zakręciłam kran przy stajni. Po drugie - czy oby na pewno bramki wszystkich trzech padoków zostały zamknięte, choć było to równie ważne, co zeszłoroczny śnieg. Po trzecie - musiałam koniecznie rozejrzeć się, czy oby na pewno żaden koń nie szwenda się po pastwiskach, choć biorąc pod uwagę, że wszystkie znajdowały się w boksach - było to zupełnie niemożliwe. I po czwarte - stanęłam w miejscu, by spuścić podwinięte do tej pory rękawy bluzki, gdy nagle ramiona Tymona ponownie mnie zatrzymały i tym razem uniosły w górę bez najmniejszego wysiłku. Zaśmiałam się jedynie, bo mówiąc szczerze, spodziewałam się, że to zrobi. Zawsze, gdy tracił do mnie cierpliwość, uciekał się do tej samej metody.
A on doskonale wiedział, że właśnie o to mi chodziło - prowokowałam go tylko po to, by wreszcie wziął mnie na ręce i zaniósł do domu. Bo choć dla wielu nie miało to najmniejszego sensu, on rozumiał, że potrzebowałam jego bliskości nawet w takich chwilach, nawet w tak przyziemnych sprawach. Dlatego nie protestował, ponieważ pomimo faktu, że nieraz byłam nieznośna, kochał mnie tak samo, jak ja kochałam jego, i nie było co do tego najmniejszych wątpliwości. Sprawiał mi te wszystkie przyjemności, bo zależało mu na tym, żebym była szczęśliwa, nawet, jeśli wszystko, czego do szczęścia potrzebowałam, dostałam w momencie, gdy po raz pierwszy mnie pocałował.

Ranek nadszedł zdecydowanie zbyt szybko i oświetlił cały pokój zdecydowanie zbyt jaskrawym światłem. Jęknęłam przeciągle, nie mając najmniejszej ochoty, by rozpoczynać kolejny dzień. Niestety, obowiązki czekały, a moje poranne zmęczenie nie miało na to wpływu.
Odetchnęłam głęboko, po czym ociągając się, jak gdybym szła na ścięcie, powoli zwlokłam się do łóżka i poczłapałam do łazienki, po drodze zgarniając potrzebne ubrania. Wizyta w toalecie nie zajęła mi dużo czasu. W gruncie rzeczy, wystarczyło mi niecałe dziesięć minut, by załatwić wszystkie swoje potrzeby i zejść na dół.
Tak, jak się spodziewałam, mimo wczesnej pory (bardzo wczesnej, bo zegar wskazywał dopiero szóstą trzynaście) dom był zupełnie opustoszały. Nie grało radio, nie trajkotała irytująca prezenterka wiadomości, nie bulgotała gotująca się woda, Tymon nie podgwizdywał pod nosem, krojąc kolejne składniki na sałatkę, a jedynym słyszalnym dźwiękiem było tykanie, towarzyszące upływającym sekundom. Doba mojego narzeczonego zaczynała się godzinę przed moją i głównie z tego powodu niemal codziennie się mijaliśmy. Jednak mimo że nie czekał na mnie chłopak z pocałunkiem, na stole zawsze zastać mogłam pełne śniadanie i żółtą karteczkę na blacie, najczęściej opatrzoną w podpis "smacznego :)". Odkąd zamieszkaliśmy razem skończyły się moje ciągłe posiłki, opierające się głównie na jabłkach. Niegdyś bowiem jabłka mogłam jeść niemal bez przerwy - na śniadanie, obiad i kolację. Po pewnym czasie stało się to co prawda nudne, ale szczerze mówiąc, nie miałam ochoty, by przygotować sobie coś porządnego. Dopiero kiedy Tymon zaczął się rozwijać w kuchni, zrozumiałam, co traciłam. Nie miałam pojęcia, że potrafił tak dobrze gotować!
Od tamtej pory podzieliliśmy się - kuchnia była jego, a ja jedynie utrzymywałam dom we względnym porządku. O ile mnie i porządek można jakkolwiek do siebie dopasować.

Po posiłku od razu zebrałam się do wyjścia. Wsunęłam na nogi ubłocone sztyblety, narzuciłam na plecy jedną z kamizelek i naciągnęłam czapkę na głowę. Zapięłam zamek pod samą szyję i schowałam brodę w kołnierzu, podczas gdy moje ręce powędrowały wprost do kieszeni, gdy jak najlepiej chciałam się odizolować od porannej mgły. Nacisnęłam łokciem na klamkę i popchnęłam drzwi, po czym zatrzasnęłam je nogą, gdy byłam już na ganku. Zadrżałam, czując na skórze powiew wiatru. Orzeźwiający, fakt, ale równocześnie zimny jak jasna cholera.
Mrużąc lekko oczy przed słońcem leniwie oświetlającym horyzont, przeszłam do stajni i dopiero gdy byłam w środku, rozluźniłam się nieco. Wyciągnęłam ręce z kieszeni i nawet odsunęłam zamek o kilka centymetrów w dół.
I właśnie wtedy z siodlarni wyszedł Tymon, ubrany jedynie w starte jeansy, stare trampki i podkoszulek z logo jakiegoś podrzędnego, rockowego zespołu. Zamrugałam kilkukrotnie, starając się przyswoić obraz, podczas gdy chłopak zamknął dzielący nas dystans i cmoknął mnie krótko w usta.
- Nawet mnie nie przywitasz tak, jak wypada? - zapytał, patrząc na mnie udawanym smutnym wzrokiem, który po chwili wyrażał czyste zdziwienie, kiedy zamiast, tak, jak zawsze, uśmiechnąć się i stanąć na palcach, by dosięgnąć jego warg swoimi, chwyciłam go za rękę i pociągnęłam w stronę siodlarni.
- Ubieraj to, głupku. Przeziębisz się - burknęłam, wystawiając w jego kierunku jedną z kurtek. Spojrzał na mnie sceptycznie, ale po chwili, bez kłótni, naciągnął materiał na ramiona. - No, i teraz możemy się witać - powiedziałam, tym razem faktycznie całując go tak, jak należało.
- Kogo bierzesz na jazdę? - zapytał, gdy po kilku chwilach wreszcie się od siebie odsunęliśmy.
- Flocka, dawno nie chodził. A przynajmniej nie pode mną - odparłam, podnosząc siodło ze stojaka. Oparłam przedni łęk na biodrze, tylny trzymając prawą ręką, po czym zgarnęłam ogłowie z wieszaka i udałam się w stronę boksu gniadosza. Cały rząd zostawiłam na korytarzu, po czym chwytając za zgrzebła, odsunęłam zasuwę w drzwiach i podeszłam do ogiera, który odkąd tylko mnie zobaczył, wysuwał łeb w kierunku kieszeni mojej kamizelki, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że kryły się w nich smakołyki.
- Dostaniesz, jeśli się spiszesz - powiedziałam, całą swoją uwagę skupiając na przeczesywaniu sierści konia. Okres linienia zaczął się już chwilę wcześniej, jednak nadal trwał w najlepsze, sprawiając, że szczotki musiałam czyścić co kilka ruchów. Bezsensowna pora.
Gdy wreszcie, po paru długich minutach zmagania się z latającym wszędzie futrem, osiodłałam Flocka, wyprowadziłam go na zewnątrz, wprost na ujeżdżalnię. Drągi pozostały nietknięte, ułożone w równym rządku pod ogrodzeniem, a ja miałam cały piaszczysty padok dla siebie. Ostatni raz dociągnęłam popręg, po czym wsunęłam na dłonie rękawiczki, zebrałam wodze na szyi, zahaczyłam stopę o strzemię i odbiłam się od ziemi, by wreszcie usiąść w siodle.
Uznałam jazdę na płaskim za świetną okazję, by poćwiczyć z ogierem, pewne elementy, takie jak na przykład lotne, które w jego przypadku nie wychodziły zbyt dobrze. Na początek jednak - rozprężenie. Kilka, może nawet kilkanaście minut stępa w rytmach muzyki, dobiegającej z komórki w mojej kieszeni, parę chwil kłusa, wyciągnięcia, zebrania, nawet pojedyncze ustępowanie (kiedy to wielce przestraszył się krzaków i postanowił odbić w bok). Wyginałam go na wszelkie strony, chcąc jak najlepiej go rozciągnąć. Tak się złożyło, że dobrych kilka dni stał w boksie, więc chodził wyjątkowo nierówno - ni to miękko, ni twardo. Po prostu nijako.
I mimo wszystkich prób rozluźnienia, nie wyszło. Gdy odpuszczałam wodze - zadzierał głowę, a gdy tylko je zbierałam - starał się je wyrwać. Był nabuzowany energią i, niestety, zbyt zajęty otaczającym go światem, by skupić się na pracy.
Postanowiłam zagalopować na wolcie, by przypadkiem, jakże przerażające, ptaki siedzące w koronie drzewa nie sprawiły, że nagle Flock zacznie kontrować. Wyprowadziłam go więc na koło, przysiadłam w siodle i w odpowiednim momencie dałam sygnał do zmiany chodu. Wyjść wyszło, ale i to miało swoje wady. Tak się bowiem zdarzyło, że wcześniej wspomniane, straszne wróble swoim świergoleniem wywołały serię kopnięć, które, mimo że nietrudne do wysiedzenia, zdecydowanie plany.
Kiedy wreszcie, po dobrych paru minutach zmagań z barankami, odskokami i zatrzymaniami, coś się ruszyło, poszło z górki. Reszta jazdy była faktycznie przyjemna, zupełnie, jakby gniadosz chciał zrehabilitować się za wcześniejsze wybryki. Lotne udały się niemal świetnie, co również było wielkim zaskoczeniem.
- Widzę, że będziesz miała dylemat, kogo wziąć na zawody - radosny głos dobiegł spod ogrodzenia, przyciągając moją uwagę, gdy zaczęłam stępować na zakończenie. Gośka opierała się o górną belkę płotu, z okularami przeciwsłonecznymi na nosie i szerokim uśmiechem rozciągniętym na twarzy.
- Na pewno nie jego - wzruszyłam ramionami, głaszcząc go po szyi w ramach przeprosin. - Zresztą, nie mam żadnego dylematu.
- Tabun wchodzi do stawki? Będę na niego stawiać tysiące! Kiedy już je zdobędę.
- Masz jeszcze czas, biorę Melodię - uśmiechnęłam się, widząc, jak dziewczyna marszczy brwi, najwyraźniej nie do końca rozumiejąc moją decyzję. - Nie mam pewności, czy Tabun wytrzymałby tyle godzin w przyczepie. Czy w ogóle by tam wytrzymał.
- Cóż, tak czy siak podbijemy Bałtyk - powiedziała, wsuwając okulary we włosy i puszczając mi oczko.

****************************************************************************************************************************
Dobry wieczór! Czyżby to było to coś, co niektórzy zwą regularnością? I czyżbym sobie przypomniała, na czym to coś polega? Nie, niemożliwe!
Troszkę zawaliłam końcówkę, ale, Boże, tak dawno nie opisywałam żadnej jazdy... Wyszłam w tej kwestii z wprawy, ale spokojnie, poprawię się :D
Dzisiaj na konikach, jutro na koniki, weekend pracowity! A w poniedziałek kwasy karboksylowe czekają. Trzymajcie za mnie kciuki, bo nic nie rozumiem.
A tak co do szkoły, o testach mogę powiedzieć tyle - nie ma tragedii; historia ok. 69%, przyrodnicze 75%, polski ponad 90% na pewno, nie wiem tylko, jak ocenią charakterystykę, angielski podstawowy 100%, rozszerzony coś koło tego, zobaczymy, czy mi dadzą dychę za email c: A co do matematyki... Pociąg, którym jechali ci cholerni uczniowie miał według mnie 1,5 przedziału i mieściło się w nim 12 uczniów, więc... Tak, nie wiem, czy był to jakiś towarowy czy inny ciul, wiem tyle, że rozjechał moją przyszłość :)
A teraz, skoro mam za sobą najgorsze trzy dni życia, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaszyć się w pokoju i obgryzać paznokcie w oczekiwaniu na wyniki 17 czerwca.
No i gdyby ktoś był ciekaw, czego słuchała Weronika na jeździe - wspomniana piosenka to Bon Jovi - You Give Love a Bad Name.
Miłego wieczoru, Misie, kocham Was!

PS Chyba się odrobinę rozpisałam XD
PSS Koniecznie zajrzyjcie do zakładek! Pojawiły się nowe opisy i kilka nowych zdjęć :)

3 komentarze:

  1. Tak dawno tu nie komentowałam. Rehabilitację czas zacząć ;D
    Jak wspominałam prawie nie ogarniam, kto jest kim xd (oprócz Tymona, go jako tako pamiętam). Czytając ten rozdział, miałam również dziwne uczucie jakby był pisany pod natłokiem ostatnich wydarzeń, ponieważ da się w nim wyczuć tonę nostalgii i to tworzy wspaniałą atmosferę w tym rozdziale. Można sobie powrócić do dawnych czasów, gdy dopiero publikowałaś pierwszy tom i historia się rozwijała (wspaniale bieg historii pokazał ten akapit, gdzie opowiadałaś o amnezjach, śpiączkach i innych) :D Aż mi się zachciało ponownie przeczytać całą Twoją twórczość. A wracając do atmosfery rozdziału... Prawie zapomniałam jak pięknie potrafisz to opisywać. Napakowałaś tu tyle nostalgii, wspomnień, smutków, szczęścia i innych emocji... O matko. Nie wiem jak nazwać to uczucie, gdy to czytałam, ale wiem jedno. To uczucie było wspaniałe :D
    A co do notki autorskiej- widzę, że nie tylko mnie czekają kwasy karboksylowe (tylko ja mam je we wtorek). W ogóle po gimnazjalnym, to nam na klasowej grupie stworzył się spam z memami o charakterystyce na gimnazjalnym (3 lata rozprawek, a tu charakterystyka :'D). W ogóle ktoś podobno opisał tam Shreka O.O A co do matmy- ty się nie martw. Mi na początku wyszło, że w jednym przedziale jest 7,5 ucznia xd
    Pozdrawiam i mam nadzieję, że zostanę tutaj na dłuższy okres czasu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oh, Karotko. A oni jeszcze nie wiedzą... Czytając ten rozdział czułam się jak Weronika, serio, czułam właściwie wszystko to, co tam opisałaś i byłam jak 'Może jednak moja przyszłość aż tak nie leży w gruzach?' Nienawidzę Cię za robienie mi cholernych nadziei, bo serce mi mówi, że nie będzie aż tak źle, a umysł, że ten pierdolony pociąg zniszczył mnie bardziej niż ŚDM w Częstochowie (tak, czytelniku, który pewnie to teraz czyta, jestem z Częstochowy haha)
    Dlaczego niby Małopolska ma podbić Bałtyk? W ogóle, po co Ci te zawody? Musisz mi to wytłumaczyć! (Chyba jestem nie dyskretna, haha, sorry not sorry)
    Opis jazdy wyszedł Ci zajebiście, więc, bardzo proszę, przestań chrzanić że Ci nie wyszło (resztę zdania otrzymałaś na mg, nie bij mnie kri)
    Cieszę się, że zaczynasz pisać regularnie, bo będę miała kopa, żeby ruszyć swoje dupsko jeśli o pisanie chodzi. I, o, o, nie tylko Ty majme zawaliłaś! Mam nadzieję, że ten pieprzony pociąg się wykoleił, przy okazji miażdżąc mój komputer:) Oh, i nie mogę się doczekać, aż Janek rzuci we mnie jedenastoma piłeczkami! Naprawdę, to było moje marzenie od zarania dziejów.A charakterystyka? Phiu, trzy lata uczyli się na rozprawkę, BAM, była charakterystyka. Słabe, ogólnie, nie pozdrawiam (Tak cytuję szparap taka rebelka hihih)
    KOCHAM CIĘ MISIU NAH.

    OdpowiedzUsuń