wtorek, 7 listopada 2017

KONIEC, TAKI DEFINITYWNY

Być dorosłym - całkiem śmieszna sprawa. Wszystko musisz robić sam - sam pierzesz, prasujesz, chodzisz na zakupy, gotujesz, zmywasz naczynia - i nikt cię w niczym nie wyręcza. Mało tego, czasem robisz nawet za dwóch, bo przecież dorosłość nieraz oznacza również życie z drugim człowiekiem u boku. A jeśli dodatkowo masz w domu dzieci? Albo zwierzęta? Wtedy tylko krzyżyk na drogę i obyś jakoś przeżył z tym cyrkiem na kółkach.
Dorosłość oznacza całą masę nieprzespanych nocy, potoki wylanych łez, mnóstwo nerwów i jeszcze więcej niepowodzeń. Równocześnie jednak może przynieść niesamowicie dużo radości, spełnienia i przekonania, że twoje czyny faktycznie mają na coś pozytywny wpływ. Dorosłość nie oznacza wieku, a sposób, w jaki patrzysz na świat. Od zawsze to wiedziałam. No, dobrze, może nie od zawsze, jednak na pewno od bardzo dawna. Nie wiedziałam tego, gdy podjęłam decyzję o porzuceniu szkoły. Nie wiedziałam tego w momencie, gdy postanowiłam się uniezależnić od wujka, wyprowadzić się wraz z Tymonem i pięcioma końmi w siną dal i powoli snuć swoje szczęśliwe zakończenie.
O tym, co znaczy dorosłość, dowiedziałam się w chwili, w której musiałam podjąć pierwsze decyzje na własny rachunek. Zaczęło się od sprzedaży Malagi i Manhattana. Potem dowiedziałam się, ile wynoszą rachunki i co trzeba zrobić, żeby je opłacić. Okazało się również, że bez szkoły życie wcale nie jest prostsze - to z kolei wyszło na jaw w momencie, kiedy musiałam przygotować się do zaległej matury, by dostać się na jakiekolwiek studia, a wspomnieć należy, że powrót do nauki po niemalże czterech latach nie należy do najłatwiejszych. Koniec końców, jakoś się udało, i z maturą, i ze studiami. Kosztowało mnie to jednak nie tylko niezliczone pokłady cierpliwości, stresu i pieniędzy, ale również odłożenie na bok poprzednich priorytetów, takich, jak chociażby treningi czy... ślub, który zaczekać musiał aż trzy lata, które, trzeba to przyznać, były chyba najgorszym okresem w całym moim życiu. Nie licząc tych kilku (nastu) wypadków. Całe szczęście, zarówno ceremonia, jak i wesele zdecydowanie były warte tych kilku miesięcy oczekiwań.
Tym akcentem, czas przejść do pozytywów dorosłego życia. Przede wszystkim - sam podejmujesz decyzje. Fakt faktem, czasem może być to ogromnym minusem, jednak dość często niezależność okazuje się całkiem przyjemnym przywilejem. Tak samo, jak posiadanie prawa jazdy i własnego samochodu (choć o przyjemności płynącej z jazdy zapomina się w momencie, gdy trzeba zatankować). Fantastycznym uczuciem jest również posiadanie domu. Najlepiej takiego z dużym salonem, w którym znajduje się kominek, miękka kanapa i ciepły koc. A kiedy dodatkowo masz męża, który jest gotów przynieść ci herbaty, kiedy tylko sobie tego zażyczysz? Bajka. Szczególnie w zimowe wieczory.
Kolejnym plusem jest posiadanie zwierząt. Utrzymanie ich co prawda nieraz przyprawia o zawrót głowy, ale poza tym są tak wdzięczne, że zdecydowanie warto się czasem wykosztować. Miło jest bowiem mieć widok na pasące się w ogrodzie konie, biegające za nimi psy i kota, wałęsającego się gdzieś między nogami. Choć przyznam, że robi się nieciekawie, gdy konie chcą zdeptać psy, psy chcą dopaść kota, a kot chce złowić złotą rybkę twojej córki. Ale o dzieciach zaraz. Wracając jeszcze na moment do zwierząt - wspaniale jest również oglądać dorastające źrebaki, wspaniale jest się nimi opiekować i wspaniale jest z nimi pracować. Zresztą, nie tylko trening młodziaków przynosi satysfakcję. Wyższe konkursy na dawnych ulubieńcach również sprawiają niesamowitą frajdę.
Przechodząc jednak do tego, co w dorosłości chyba najlepsze, czas porozmawiać o rodzicielstwie. Świetnie ogląda się dorastające źrebaki, jednak dorastające dzieci są jeszcze lepszym widokiem. Szczególnie, kiedy dodatkowo przejmują twoją pasję i zaczynają same rozwijać się w tym kierunku. A kiedy masz przy sobie męża, który pomaga ci we wszystkim w każdej chwili? Cóż, wtedy w ogóle nie ma powodów do narzekań.
Zresztą, prócz syna i córki, w domu mamy jeszcze dwójkę dzieci. Nazywają się Weronika i Tymon i prawdopodobnie już nigdy do końca nie dorosną. Bo mimo że razem tworzą całkiem zgrane małżeństwo, oboje pracują i mają na głowie całe gospodarstwo, to nigdy nie wyzbyli się swoich młodzieńczych nawyków. Wciąż kochają Króla Lwa, piją wspólnie gorącą czekoladę, jeżdżą w tereny, nieraz trwające od rana do nocy, lubią sobie czasem pograć w Scrabble, a on nadal lubi zaskakiwać ją, wspinając się po rynnie na balkon.
I choć cała ta historia od początku do samego końca była zupełnie niespójna, jednego można być pewnym - doczekała się happy endu. Takiego z fajerwerkami, oklaskami i piosenką rodem z Disneya w tle...
podpisano,
Weronika

*****************************************************************************************************************************
Ale, cholera jasna, ryczę. Ostatnie linijki były w moim odczuciu kompletnym dramatem. I nie owijając w bawełnę, muszę Wam powiedzieć, jak się czuję.
Otóż po pierwsze - jestem kompletnie rozbita emocjonalnie. HMOL przez pewien okres było dla mnie wszystkim. Było odskocznią, miejscem spotkań z najlepszymi ludźmi, jakich miałam okazję poznać, czymś, na co mogłam przelać wszystkie swoje emocje, niezależnie od tego, czy akurat czułam się świetnie, czy, wręcz przeciwnie, łapał mnie dół życia. To tutaj nauczyłam się pisać, to tutaj streszczałam nie tylko historię Weroniki Zabrzydzkiej (nadal nie wierzę, że jej nazwisko wymyśliłam dopiero w piątym tomie), ale również również swoją. Mieliście tutaj dwie Weroniki, jedną wymyśloną, drugą nie - co prawda brakowało jej nieco kreatywności, szczególnie przy wyborze imienia dla głównej bohaterki, ale proszę mnie nie oceniać, miałam tylko dwanaście lat. No i właśnie. Zaczęłam pisać bloga, gdy zaczynałam szóstą klasę podstawówki; teraz jestem w drugiej klasie liceum. HMOL to pięć lat mojego życia zawartych w jednym miejscu. Są tutaj wszystkie moje wzloty i upadki - te z życia codziennego, jak i te jeździeckie. Wiedzieliście o wszystkich moich sukcesach, o moich eliminacjach i innych porażkach.
Dlatego też na koniec chciałam Wam powiedzieć, że dotarliście ze mną do momentu, w którym wystartowałam w zawodach międzynarodowych we Włoszech, w mistrzostwach Polski i dostałam powołanie do kadry narodowej! Co prawda z przyczyn osobistych nie mogę z niego skorzystać, jednak spójrzcie! Na początku tej historii nie jeździłam nawet regularnie. Aktualnie, jestem jedną z czołowych zawodniczek w dyscyplinie sportowe rajdy konne, mam w treningu czteroletniego arabka, a na koncie kilka zwycięstw, trzecie miejsce w rankingu Małopolski 2016 i złotą odznakę rajdową! Choć nie sądziłam, że kiedykolwiek przyjdzie mi to napisać, to, moi drodzy, mogę uznać samą siebie za przykład na to, że marzenia faktycznie się spełniają!
Po raz kolejny, a zarazem ostatni, bardzo, bardzo Wam dziękuję. Kocham Was wszystkich całym swoim sercem i nawet nie wiecie, jak bardzo jestem Wam wdzięczna za wsparcie i czas, jaki mi poświęciliście. Mam również nadzieję, że nie stracę z Wami kontaktu, bo naprawdę, nic nie podnosiło mnie na duchu bardziej niż Wasze komentarze i od zawsze miałam nadzieję, że tak, jak Wy byliście dla mnie, tak ja mogłabym być dla Was. Dlatego też podaję Wam wszystkie możliwe komunikatory (poza fb, ale o to można pytać prywatnie) i serdecznie zapraszam do rozmowy. Z autopsji wiem, że wszyscy jesteście wspaniali!
Także, Mośki, nadszedł czas się pożegnać. Nigdy o HMOL nie zapomnę i przysięgam - kiedyś jeszcze o mnie usłyszycie! xx

PS Polecam zajrzeć na mojego WATTPADA, bo może być tam coś, co się Wam spodoba!
PSS Musicie mi wybaczyć, że w końcu nie opisałam tego ślubu :c

email: koniowata31@gmail.com | GG: 44801083 | snapchat: lovehorse6 | Twitter: plitslyhy

wtorek, 6 czerwca 2017

DZIEŃ DOBRY!

- Przestań się wiercić! - krzyknęła Aśka, zaraz po tym, jak po raz czwarty tego ranka przypadkowo dźgnęła mnie szpilką w bok.
- Więc się pospiesz - burknęłam, walcząc z samą sobą, by przypadkowo nie przewrócić oczami.
- Masz wyglądać zjawiskowo, więc to oczywiste, że chwilę mi to zająć musi. A teraz przestań narzekać i siedź spokojnie, bo zaraz dziabnę cię tym w oko - powiedziała, patrząc na mnie w lustrze i grożąc mi agrafką. Westchnęłam ciężko, zdając sobie sprawę z tego, że dalsze kłótnie nie miały najmniejszego sensu. W końcu, miałam do czynienia z nikim innym jak Joanną Opolewską - nieprzegadaną, zawsze mającą rację żoną Jacka Opolewskiego i równocześnie moją wieloletnią przyjaciółką. W słownej potyczce z nią nie miałam nawet najmniejszych szans.
Posłałam spojrzenie swojemu własnemu odbiciu w lustrze. Nie byłam w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miałam na twarzy tyle makijażu. Brązowozłoty cień zdobił moje powieki, róż odznaczał się delikatnie na policzkach, a usta podkreślone zostały intensywną, ciemnoczerwoną szminką. Włosy zostały upięte w koka z tyłu głowy, z którego kilka pasm zwisało luźno i przyozdobione zostało delikatnymi, drobnymi, białymi kwiatami, idealnie komponującymi się z długą, białą suknią - tą, którą Aśka non stop poprawiała, stojąc za mną i raz za razem kując mnie to po bokach, to po plecach.
Szczerze, nie mogłam uwierzyć, że ten dzień w końcu nadszedł. Zbieraliśmy się do tego przeszło trzy lata i wiecznie coś nam przeszkadzało. To wyjazd Tymona do Stanów, do siostry, to złamana noga (rzecz jasna - moja), to poród Melodii. Wciąż działo się coś, co skutecznie odciągało naszą uwagę od nas samych i naszych planów, jednak wtedy pojawiło się wybawienie. Okazało się co prawda w dość nietuzinkowej formie, bo przybyło prosto z Australii i miało na imię Fiona, jednak mimo to zdziałało cuda. A dokładniej - zorganizowało niemal wszystko za nas.


*****************************************************************************************************************************
TĘSKNILIŚCIE? Bo ja jak jasna cholera. Mośki, rany boskie, jak ja się za tym blogiem stęskniłam! Nie wytrzymałam bez niego długo, fakt, ale wraca również nie na stałe. Mam Wam do zaprezentowania tylko jeden rozdział, którego zapowiedź macie właśnie przed sobą. Ot taki smaczek, co by Wam jakoś umilić kilka minut. Rozpoczęty i zakończony trochę od dupy strony, ale to nic.

Dajcie mi miesiąc, muszę sobie wszystko poukładać w szkole, odbębnić długo wyczekiwany koncert Coldplay i przejechać jeszcze jedne zawody w ten weekend, a potem, kiedy znów znajdę chwilkę dla siebie, zakończę tą historię raz na zawsze. W dalzym ciągu kocham najmocniej i na dziś się żegnam. Do usłyszenia, mośki!!

A gdyby ktoś miał ochotę poczytać trochę o tym, jak mi idzie w tym sportowym świecie, to zapraszam tu: SUGAR HORSES